Wieczór w Gdańsku

Главная Форумы Форум Wieczór w Gdańsku

В этой теме 0 ответов, 1 участник, последнее обновление  gratefulkaterine 1 неделя назад.

Просмотр 1 сообщения - с 1 по 1 (всего 1)
  • Автор
    Сообщения
  • #777034

    gratefulkaterine
    Участник

    Mam taką pracę, że ciągle jestem w drodze. Logistyka, duża firma, wieczne delegacje. Gdańsk, Kraków, Poznań, czasem jakaś dziura, o której istnieniu wie tylko nawigacja. Ludzie myślą, że podróże służbowe to glamour: hotele, restauracje, zwiedzanie. A prawda jest taka, że to ciągłe siedzenie w poczekalniach, słuchanie marudzenia kierowców i rozwiązywanie problemów, które ktoś inny mógł rozwiązać już tydzień temu. Po całym dniu czasem nie mam siły nawet wyjść na kolację do hotelowej knajpy, tylko zamawiam coś do pokoju i włączam telewizor, który leci dla szumu.

    To było jakieś pół roku temu. Pamiętam, że był listopad, za oknem lało, a ja miałem w perspektywie trzy dni w Trójmieście. Szybki przegląd magazynów, spotkania z koordynatorami, w zasadzie praca papierkowa. Pierwszy wieczór był najgorszy. Wszystko zamknięte, zimno, mokro. Siedziałem w pokoju, gapiąc się w sufit i scrollując Instagram. Nuda potrafi wykańczać bardziej niż nadgodziny. I wtedy wpadło mi do głowy, żeby sprawdzić, co słychać w sieci. Tak, bez żadnego powodu, znudzony, wziąłem telefon i wpisałem vavada zaloguj. Zwykłe odruchowe działanie, żeby zobaczyć, co tam piszczy. Wcześniej grywałem czasem na automatach, ot, dla rozrywki, raz na kilka miesięcy, nigdy nie traktując tego poważnie.

    Kliknąłem w grę, która wyglądała jak stare, owocowe automaty z budki na dworcu. Takie proste bębny, zero skomplikowanej fabuły, same symbole wiśni i siódemek. Miałem w portfelu jakieś dwieście złotych, które przeznaczyłem na jedzenie, ale skoro i tak zamówiłem pizzę, to postanowiłem, że odpalę za piątaka. Może dwadzieścia spinów, myślałem. Wieczór dłużył się niemiłosiernie.

    No i niby nic się nie działo. Kilka drobnych wygranych, potem przegrane, potem znowu coś wpadło. Nie poczułem żadnego szału, bo to były kwoty rzędu kilku złotych. Ale miałem zajęcie. To było coś, co wypełniło mi ten cały pusty, deszczowy wieczór. Przestałem zerkać na zegarek, przestałem myśleć o tym, że jutro znowu trzeba wstać o szóstej rano na jakieś durne spotkanie. Skupiłem się na czymś przyjemnym, na takiej głupiej, bezpretensjonalnej rozrywce. Pizzę zjadłem przed telewizorem, a telefon leżał obok talerza. Automat grał sam, a ja co jakiś czas podbijałem stawkę albo zmieniałem grę. I właśnie wtedy, gdzieś pomiędzy gryzieniem kawałka z salami a przełączeniem kanału, trafiłem taki szereg bębnów, że ekran rozbłysł na złoto.

    Nie mogę powiedzieć, że to była ogromna fortuna. Ale gdy na koncie pojawiła się suma, która przekraczała moją pensję z całego miesiąca, z wrażenia aż się zaśmiałem. Samotny śmiech w hotelowym pokoju. To było dziwne uczucie, bo nie szukałem pieniędzy. Ja szukałem tylko zajęcia na wieczór. I nagle ta odrzucona myśl, że może warto było postawić więcej, pojawiła się na ułamek sekundy, ale natychmiast ją spłukałem zimną colą. Wiedziałem, że to nie umiejętność ani charakter, tylko czysty przypadek. Łut szczęścia. Ziewnąłem, spojrzałem na porę i uznałem, że to dobry czas, by iść spać.

    Najdziwniejsze jest to, co poczułem następnego ranka. Podejrzewałem, że będzie to ekscytacja albo chęć, by spróbować jeszcze raz. Ale zamiast tego poczułem wielki spokój. Mam taki wewnętrzny spokój, że nawet gdybym stracił te pieniądze, nie zmieniłoby to mojego życia. Wypłaciłem wygraną, zapłaciłem rachunki, a sobie kupiłem porządny termos na kawę do pracy. Wstyd się przyznać, ale największą radość sprawił mi widok rachunku za prąd opłaconego z góry. Irytująca codzienność przestała być na chwilę taka irytująca.

    Od tamtej pory czasem, gdy wieczór robi się szary i szukam ucieczki od rutyny, wracam do tych owocowych bębnów. Robię to rzadko, może raz, dwa razy w miesiącu. Nauczyło mnie to czegoś ważnego o moim podejściu do rzeczywistości. Całe życie goniłem za tym, aby mieć wszystko zaplanowane. Klient, dostawa, trasa, premia. A tutaj stało się coś, na co nie miałem żadnego wpływu. Wygrana nie była moją zasługą, ale nie była też moją porażką. To dziwne, ale właśnie ta myśl dała mi większą swobodę w pracy. Przestałem panikować, gdy coś wymyka się spod kontroli. Czasem wystarczy po prostu oddać inicjatywę losowi i nie przejmować się, że nie jest się szachistą, tylko pionkiem.

    Historia ma jeszcze drugie dno. Kilka tygodni temu byłem na delegacji w Poznaniu. Siedziałem z kolegą z działu w barze, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Wspomniałem, że szukam czasem relaksu w ten sposób, bez wchodzenia w szczegóły, a on mi powiedział, że też czasem lubi zagrać. Stwierdził, że zawsze mu szkoda pieniędzy na głupoty, ale taki wieczór z automatem to strata czasu i kasy, bo w końcu przegra. Roześmiałem się, bo zrozumiałem, że kiedyś myślałem dokładnie tak samo. Teraz patrzę na to zupełnie inaczej. Dla jednych to strata czasu, dla mnie to świadoma przerwa od pędu. Jak medytacja. Albo kino. Każdy ma swój sposób na wyłączenie myśli.

    Więc tak sobie myślę, że Polacy lubią narzekać na nudę, na deszcz, na robotę. A wystarczy tylko zmienić perspektywę. Musiałem pojechać do Gdańska, żeby zrozumieć, że odpoczynek to nie tylko siedzenie z piwem przed meczem. Ja tam wolę od czasu do czasu odpalić automat na telefonie, oczywiście po wcześniejszym vavada zaloguj. To taka moja mała podróż, bez wychodzenia z pokoju. Niby nic, a jednak potrafi dać zupełnie nową energię na kolejny tydzień. I już nie chodzi o to, czy wygram, czy przegram. Chodzi o to, żeby znowu poczuć, że wieczór należy do mnie, a nie do raportów i służbowych maili. I wiecie co? Ta jedna noc w Gdańsku nauczyła mnie bardziej niż wszystkie szkolenia z zarządzania stresem. Bo czasem trzeba odpuścić kontrolę, żeby znów móc ją poczuć.

Просмотр 1 сообщения - с 1 по 1 (всего 1)

Для ответа в этой теме необходимо авторизоваться.

Перейти к верхней панели